Maria Loboda: Siedząc tutaj znudzona jak lamparcica | CSW Zamek Ujazdowski

Zawsze gdy trafiam do Zachęty lub CSW, mam w głowie jedną myśl: nie nadążam. Nie kojarzę nazwisk, przegapiam interesujące mnie wydarzenia kulturalne, tyle tego wszędzie. Na wystawę zupełnie mi nieznanej Marii Lobody udało mi się dotrzeć wcześnie. Tylko dwa dni po inaugurującym ją wernisażu.

Maria Loboda w Centrum Sztuki Współczesnej 2019

Maria Loboda ('79) porusza zagadnienie, które jest mi bliskie. Według opisu CSW artystka analizuje systemy komunikacji, „kładąc nacisk na transformacyjną moc języków i kodów”. Fajnie, szkoda tylko, że... nie odnalazłam korespondencji pomiędzy słowem a obrazem w tym, co zobaczyłam. Być może jestem zbyt mało oczytana i ogarnięta historycznie (to akurat nietrudne, od zawsze byłam historycznym tłukiem), pewnie nie rozumiem kontekstów. Nie lubię jednak krążyć wśród dzieł sztuki i nie pojmować, co artysta pragnie mi przekazać. Dzięki materiałom na temat wystawy trochę do mnie dotarło, ale były miejsca, w których bezradnie rozkładałam ręce i szłam dalej. Zdecydowanie wolę sztukę, przy której mam jakiekolwiek szanse zrozumieć bez tłumaczenia.

Malowidła ścienne, widoczne na pierwszym zdjęciu, noszą tytuł Cha, cha, chi, chi, hejża, hola! i przedstawiają... hmm... naczynie, które przechodzi przez proces wiązania krawata. „Chodzi o przemianę, waza przygotowuje się do akcji” – wyjaśnia autorka. No. Okej. Ja dalej nie.

Maria Loboda w CSW 2019
„Wszechnieobecność”, czyli rzeźba przykryta śniegiem, która ma być jednocześnie wszechobecna i wszechnieobecna. Przepraszam, ale ja niestety wciąż nie. 

Nieco przewrotny tytuł wystawy zapożyczony jest z wiersza Sylvii Plath pt. „Leaving Early”. Znudzony, pozornie leniwy lampart uosabia spokój, ale dobrze wiemy, jak łatwo przeistacza się w postać niosącą zagrożenie i śmierć. Szukałam tego niepokoju i faktycznie miejscami udało mi się go odnaleźć. To była moja droga poznania – pozorny spokój, który niepokoi. Transformacyjną moc języków i kodów mój mózg jakoś zgrabnie ominął, więc o tym na pewno Wam nie opowiem.

Maria Loboda w Centrum Sztuki Współczesnej 2019
Na drugim planie otwierająca wystawę „Brama miejska późnym popołudniem”.

Loboda pracuje na kontekstach, odwołuje się do starożytności, ulubionej poezji, uważa słowa za zbyt mało kompleksowe, by móc opisać idący za nimi sens – dlatego, żeby uzupełnić swoją wypowiedź, sięga po obiekty. Brzmi to mądrze i zadziwiająco rozsądnie, ale tak naprawdę nie jest niczym nowym. Czy nie o to chodzi w ogromie sztuki, do której docieramy w ten czy inny sposób? Artystka sięga po okultyzm, mitologię, alchemię, ale jednocześnie słynie z maskowania logiki i sensu dzieł. I o to mam do niej żal! Myślę, że przegapiłam zdecydowanie zbyt wiele z tego, co powinno do mnie trafić. Ale jedno trzeba jej oddać: podaje sztukę wizualną w tak samo zawoalowanej formie, z jakiej słynie poezja. A do mnie poezja trafia rzadko.

Tym, co zwróciło moją uwagę, były dwie rzeźby o nieokreślonym kształcie i wydumanych nazwach (fragment jednej z nich na zdjęciu powyżej), na których... siedzieli ludzie. Czemu oni na tym siadają? Czemu nikt nie zwraca uwagi? Czemu ta kobieta przysypia na jednej z nich – nie mogę zrobić zdjęcia! Potem przeczytałam opis i okazało się, że mogłam się nie krępować. Na rzeźbach przysiadali opiekunowie wystawy i był to jeden z przewrotnych pomysłów autorki na usunięcie sacrum z obiektu zwanego dziełem sztuki. Mamy tytułowe znudzone lamparcice. Bardzo ciekawy pomysł.


Maria Loboda, Siedząc tutaj znudzona jak lamparcica CSW 2019

Najbardziej spodobał mi się jedyny na tej wystawie witraż pt. Człowiek zdejmuje obraz stojąc na sofie / A man takes down a painting while stanting on the sofa (2019). Podobno przedstawia scenę z filmu „Amerykański żigolak”, ale ja tego filmu nie widziałam i bez tej podpowiedzi witraż jest dla mnie wyłącznie tym, co widzę. Na szczęście to, co zobaczyłam, bardzo mi się spodobało: nie tylko paleta kolorów, ale też nietypowe połączenie formy witrażu (zwykle kojarzonego ze sztuką wysoką, sakralną) ze sceną z życia codziennego. Oczywiście artystce chodziło o coś więcej, ważny jest motyw żaluzji, charakterystycznej dla pełnego niepokoju kina noir i jednocześnie będącej symbolem biurowej rzeczywistości, ale jak już wspominałam, bez prowadzenia za rękę i wyjaśnienia tych wszystkich odniesień, ciężko samodzielnie je wypatrzeć.

Obok wspomnianych wcześniej waz z prawie zawiązanym krawatem, które kompletnie do mnie nie trafiły, na ścianach wisiały zdjęcia z ciekawszym przekazem. Na każdym z nich ktoś z latarką pod kołdrą oglądał... katalog waz. Absurdalność tej sytuacji, czyli znana nam z dzieciństwa formuła czytania w nocnym ukryciu przed rodzicami wciągającej powieści w połączeniu z tematyką książki, jest naprawdę ciekawa i przywodzi na myśl dwie sylwetki czytelnika ze zdjęć: zwykły, niegroźny hobbysta albo... może... jakiś psychol? Przecież miało być niepokojąco!

Maria Loboda znudzona jak lamparcica


Sztuka Marii Lobody opiera się na łańcuchu misternie powiązanych ze sobą odniesień i problem, jaki z nią mam, jest taki, że bez kontekstu nie ma wielkiej wartości artystycznej. Większość artystów sięga po symbole, czymś się inspiruje, ukrywa przekazy, ale o wiele przyjemniej obcować z dziełami, które – nawet bez znajomości kontekstu – sprawiają przyjemność na poziomie czysto estetycznym (i nie chodzi tu o klasyczne piękno – mnie akurat regularnie porywa wysmakowana brzydota ;)). U Lobody (i wielu innych współczesnych artystów) istnieje przekaz, kontekst, ale nie bardzo jest na czym zawiesić oko. Bardzo rzadko zachwyca mnie tego typu sztuka, dlatego nie dziwię się, że tym razem „nie pykło”. 


Maria Loboda, Siedząc tutaj znudzona jak lamparcica
Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, 12.04 – 22.09.2019

kuratorka: Ewa Gorządek
koordynacja: Joanna Saran
producent kreatywny: Eugen Ivan Bergman
projekt graficzny: Krzysztof Pyda
Follow my blog with Bloglovin

Komentarze

Obserwatorzy

instagram

Copyright © okołonotatki